Slow life level pro – przeprowadzka na (indyjską) wieś!

0
998

Odkąd zamieszkałam w Indiach, ustatkowałam się i założyłam rodzinę wydawało mi się, że już nic bardziej szalonego wydarzyć się w moim życiu nie może. Albo na nic więcej, co przekroczy moją strefę komfortu, się nie zgodzę. Pamiętam jak obiecywałam sobie, że teraz to już na pewno koniec podróżowania, wiecznego pakowania, przeprowadzek, zmiany adresu, szukania nowego lokum. Pierwszy siwy włos podpowiadał, że stabilizacja i rutyna to coś co jest mi pisane, że bycie w tym jednostajnym biegu mimo wszystko ciąży. A ja nie do końca jednak wiem co z takim właśnie życiem robić – może to zabrzmieć jak paradoks, bo też nie umiem tego racjonalnie wytłumaczyć. Powiem więc wprost: przeprowadzamy się na wieś! Nie byle jaką – indyjską, dziewiczą, skąpaną słońcem, taką jak nasze dawne Bieszczady, do których się ucieka, gdy wkurza nas jak nic cały ten pęd współczesności.

Czego się obawiam?

O takiej wizji się łatwo nie zapomina, dzień w dzień drąży cierpliwie jak kropla drąży skałę. To już tuż tuż, lada dzień. I cieszę się i boję jednocześnie. Rozczarowania, zmęczenia, izolacji, emigranckiej samotności, tam daleko od gwaru ciekawskich indyjskich oczu. Czy to już tu zostaniemy na dłużej? Czy to tu będę bawić się z wnukami? I chyba najważniejsze – czy to jest dobra decyzja? Mnóstwo dorosłych pytań na które odpowiedzi jeszcze nie znam.

Czasem widzę też, że w tych obawach jest sporo prawdy. W decyzjach o przeprowadzkach w ogóle – szczególnie na emigracji, gdzie trudno o zapuszczenie korzeni – trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: dookoła czego toczy się nasze życie? W korkach do pracy, codziennej gonitwie bycia na czas, między jednym awansem, a drugim? Doskonale wiem, że wielu z nas tak właśnie żyje – w mniej lub bardziej świadomym biegu. Czy tak się da na dłuższą metę? Wiadomo, że z wieloma rzeczami można się oswoić, choć dla mnie najważniejszy jest teraz spokój. I przestrzeń, swoboda od zatłoczonych indyjskich ulic, smogu i krzykliwych dojazdów z jednego miejsca na drugie, gdzieś między tuk tukiem a krową zza rogu. Zamieszkanie na wsi, daleko od tego, do czego przyzwyczaił nas współczesny konsumencki styl bycia – niekiedy bez prądu, bez bieżącej wody, bez większości rzeczy w których my-miastowi zostaliśmy wychowani, to powrót do korzeni i sielskiego życia, gdzie nikt nie będzie mówił nam co jeść, w co się ubierać, co jest teraz najmodniejsze i co koniecznie musimy kupować.

przeprowadzka na wieś
przeprowadzka na wieś

O czym marzę?

Już się przyzwyczaiłam, że nie można się przywiązywać do wielu rzeczy, że zmiana i przemijanie jest jedyną stałą w naszym życiu. Jeśli więc rezygnuję z miejskiego życia, czy jest coś do czego bym zatęskniła?

Na razie nie wiem, na razie dla mnie to: nic.

Decyzja o budowaniu czegoś swojego, zostawieniu kawałka siebie na ziemi jest ekscytująca. Marzę więc głośno o szczęśliwych dzieciach opalonych słońcem i ubrudzonych ziemią. O zabawie na świeżym powietrzu. O nas uśmiechniętych, ze zmarszczką w kąciku ust i siwym włosem na głowie. O życiu na własnych warunkach, o życiu bez przymusów, bez pośpiechu. O domku z bambusa i lesie drzew sandałowych. O deszczu podczas monsunu, urodzaju i warzywach z ziemi. Tylko tyle i aż tyle.

Jeszcze nigdy nie byłam tak blisko slow life. Jeszcze nigdy slow life nie było na wyciągnięcie ręki. Brak pośpiechu i czas – to najcenniejsze, co chcę otrzymać od indyjskiej wsi. Czy się uda?

Spokoju ducha.

Sobie i Wam życzę. I tego będę się trzymać.


Dziękuję Ci bardzo za przeczytanie tego artykułu. Jestem ciekawa jakie są Wasze przemyślenia – podzielcie się proszę nimi w komentarzach. I jeśli spodobał Ci się artykuł – podziel się nim w mediach społecznościowych, kliknij „Like it” i zapisz się na mój newsletter.