Do dziś nie wiem i trudno mi zrozumieć jak wygląda związek na odległość.  To bardzo trudna sztuka pielęgnacji tęsknoty i radzenia sobie z codziennością, wyzwaniami bez osoby, przy której chce się codziennie budzić i zasypiać. Związek na odległość idzie swoją drogą uparcie do przodu, mimo przeciwności i mimo trudności, tak jak dzisiejsza nader silna bohaterka. Opisuje siebie jako wrażliwa, uparta, otwarta. O uczuciu „na wynos” opowiada Marta Israni – szczęśliwa żona Hindusa i mama prześlicznej dziewczynki – Zoyki.

Marta pochodzi z małej miejscowości we wschodniej Wielkopolsce. Studiowała filologię polska, a teraz pracuje zawodowo jako specjalista ds. handlu w jednej z lokalnych firm. Razem z mężem i dwuipółletnią córeczką mieszka w jej domu rodzinnym. Obecnie w Polsce.

Indie i historia Marty

Moja indyjska historia zaczęła się niepozornie. Leżałam w łóżku zwalona grypą i zabijałam czas oglądaniem filmów i czytaniem książek. Kiedy obejrzałam już wszystkie hollywoodzkie filmy, które stały u mnie na półce, z braku laku sięgnęłam po bollywooda. Filmy indyjskie zawsze kojarzyły mi się z dennymi romansami, w których tylko tańczą. Tego wieczoru sięgnęłam po film Fanaa i przepadłam. Film był świetny, i choć nie obyło się bez tańców, to jednak zaczęłam myśleć o indyjskiej kinematografii trochę inaczej. Od tamtego momentu zaczęłam szukać szczegółów dotyczących Indii, tamtejszej kultury, języka, no i oczywiście szukać filmów do obejrzenia. Trafiałam i na gnioty, ale też na perełki. Obejrzałam setki indyjskich filmów tych produkowanych na północy, ale też te z południa.

Oglądając filmy, słuchając piosenek, chcąc nie chcąc, zaczęłam łapać hindi. Postanowiłam jakoś to rozwinąć i znalazłam platformę internetową, na której była możliwość konwersowania z ludźmi z różnych krajów i uczenia się języków obcych. Wystarczyło zaznaczyć jakimi językami się posługujesz i jakich chciałbyś się nauczyć, a platforma sugerowała ludzi którzy mogli pomóc sobie nawzajem w nauce języka. I w ten oto sposób poznałam mojego męża. Dobrze się nam rozmawiało i przenieśliśmy się z portalu na Skype. Po kilkumiesięcznej znajomości internetowej postanowiliśmy się spotkać. Później ja poleciałam na kilka miesięcy do Indii. A w końcu, po 3 letniej znajomości, przeniosłam się do Indii i  pobraliśmy się.

Marta-Istarni-no-problem-in-india
Marta Israni z córeczką Zoyą
Marta-Israni-no-problem-in-india
Marta wygląda zjawiskowo w sari
Najpiękniejsze wspomnienie z Indii?

Miłych wspomnień mam wiele. Uwielbiamy z mężem wspominać pobyt w Mumbaju. Było to jeszcze przed ślubem, a jednocześnie była to moja pierwsza wizyta w Indiach. Pamiętam jak wyszłam z terminalu na zewnątrz i po raz pierwszy poczułam zapach Indii: naprawdę specyficzna mieszanka. I powiem szczerze, byłam zachwycona. Później dużo zwiedzaliśmy. Uwielbiam architekturę i klimat indyjskich świątyń.

Były też wspomnienia zabawne. Na przykład podczas zwiedzania miejsc turystycznych często do męża podchodzili lokalni przewodnicy z pretensjami, że wchodzi im w paradę i podbiera klientów. Robili wielkie oczy kiedy tłumaczył im, że on nie jest przewodnikiem, a ja nie jestem turystką, tylko jego żoną. Zdarzyło się też, że podczas kupowania biletów do miejsc turystycznych, chcieli policzyć jego bilet jak dla turysty i musiał pokazywać prawo jazdy, żeby udowodnić, że jest Indusem. Raz też udało mi się wejść na bilet „dla lokalnych”, bo zaczęłam mówić w hindi, żeby udowodnić, że jestem „stąd”.

Jednak najpiękniejszym wspomnieniem na zawsze pozostaną narodziny naszej córeczki.

Za czym tęskni Marta Israni? Czyżby za kuchnią indyjską?

Nie jestem wielką fanką kuchni indyjskiej. Mieszkając w Indiach często gotowałam osobne posiłki dla siebie i osobne dla męża. Ale są potrawy, których teraz mi brakuje. Uwielbiam paneer w każdej postaci. W Indiach jadłam go kilka razy w tygodniu, w Polsce rzadko. Czasami brakuje mi straganowego jedzenia, które kosztuje grosze. Uwielbiałam wieczorne wyprawy na street food. I powiem szczerze, że nigdy nie zdarzyło mi się po takim jedzeniu pochorować. Natomiast kilka razy miałam problemy żołądkowe po wyprawie do drogiej restauracji.

Za to na stałe do polskiej kuchni wprowadziłabym chai, czyli indyjską herbatę. Nie ma nic lepszego niż filiżanka gorącej herbaty z imbirem w chłodny zimowy dzień.

Podoba mi się jak Indusi obchodzą swoje święta. Zawsze jest to bardzo radosne, jest muzyka, tańce, specjalne jedzenie i zazwyczaj odbywa się to bez grama alkoholu. W moim przekonaniu, my Polacy, moglibyśmy zaczerpnąć tej radości, bo często do naszych świąt podchodzimy zbyt poważnie.

Złota rada dla osób planujących przyjazd do Indii?

Życzyłabym im cierpliwości, bo jeśli wybierają się na dłużej to na pewno zetkną się z indyjską biurokracją. To jest ta sfera indyjskiej rzeczywistości, którą wspominam najgorzej. A jeśli ktoś planuje przeprowadzić się na stałe, to radziłabym nauczyć się lokalnego języka. To bardzo ułatwia życie.

A i oczywiście należy pamiętać o targowaniu się podczas zakupów. 😉

Nie wiem czy jakaś złota rada istnieje. Ja zawsze powtarzam, że Indie albo się kocha, albo ich nie znosi, ale też trzeba dać im szansę się poznać. Najważniejsze, to się nie zrażać, nawet jeśli pierwsze wrażenie nie jest najlepsze.

Dla mnie Indie zawsze będą cudownym miejsce, do którego warto wracać

Przeprowadzka i powrót do Polski

Z jednej strony cieszyłam się. że po 3 latach zobaczę rodzinę i stare kąty, ale z drugiej strony bylo mi smutno, bo wiedziałam, że będę tęsknić za mężem i Indiami. Mieliśmy w perspektywie przynajmniej kilkumiesięczną rozłąkę, a moja ponowna wizyta w Indiach to pewnie kwestia kilku lat.

Jak wróciłam do Polski, to najgorsza była dla mnie temperatura. Uwielbiam ciepło i w klimacie indyjskim jest mi dużo lepiej. Poza tym musialam zmienić kilka przyzwyczajeń, które nabyłam w Indiach. W Polsce brakuje mi słońca i upałów, brakuje mi znajomych, których mieliśmy w Indiach, brakuje mi obchodzenia świąt. Wielu rzeczy mi brakuje. Czasami chcialabym wrócić do Indii.


Spotkałam się z opinią, że od­ległość to sku­teczna mor­der­czy­ni miłości. Znam wiele par, zarówno polsko-hinduskich, jak i innych narodowości, które doświadczają tej bardzo trudnej próby. Marta jest wspaniałym przykłądem, że się da, że internetowa miłość  czy miłość na odległość ma szansę rozkwitnąć i się utrzymać jeśli jest pielęgnowana codziennie. Podziwiam Martę, bo wiem, że całą sobą nie pozwala, by czas i odległość zrodziły słowo „zapomnij”.

Dziś już cała rodzina żyje i mieszka razem, z czego się bardzo cieszę. A dla wszystkich par żyjących na odległość – czy to na chwilę, spowodowaną koniecznością życiową czy na bliżej nieokreślone dłużej – trzymam kciuki i happy end. To nic, że od­ległość dzieli, ważne, że łączy miłość!


Dziękuję Ci bardzo za przeczytanie tego artykułu. Jestem ciekawa jakie są Wasze doświadczenia – podzielcie się proszę nimi w komentarzach. I jeśli spodobał Ci się artykuł – podziel się nim w mediach społecznościowych, kliknij „Like it” i zapisz się na mój newsletter.

%d bloggers like this: